Gałczyński na niedzielę :)

Konstanty Ildefons Gałczyński http://www.kigalczynski.pl/

Dziwny wypadek

Dziwny wypadek

na rogu Nowowiejskiej

Szło ich prawie czterdziestu.

Normalnie. Przy niedzieli.

I nagle jeden westchnął.

I wszyscy przystanęli.

 

Bo ogarnął ich zachwyt,

ze księżyc świecił niebu.

Więc patrzeli nań, jakby

sroba patrzała w rebus.

 

Księżyc ma ten styl pracy,

no – że schodzi i świeci,

lecz poeci są tacy.

 Eech, poeci, poeci.

Boję się zostać wieszczem

Nie mówię, żem jest geniusz,
lecz i nie dupa*:
też bym napisał „Dziady”,

gdybym się uparł:
różne takie dziewice
mdlałyby pod księżycem,
a Gustaw by przedstawiał
jak zwykle trupa.

Potem bym, oczywiście,
stworzył część III
na radość Pomirowskim,
na rozpacz dzieciom,
a w „specjalnym” numerze
na japońskim papierze
fac simile by odbił
Grydzewski Miecio.

Gdybym się już w poezji
onej rozruszał,
w Paryżu bym napisał
„P. Tadeusza”,
różnymi opisami,
trzynastozgłoskowcami
naród bym, panie święty,
do łez przymuszał.

Potem bvm, oczywiście,
był bardzo dumny:
nawet bym do obiadu
nie zlazł z kolumny
i leżąc na kolumnie,
trawiłbym obiad dumnie,
przygrywając na rymach
„trumny – kolumny”.
Lecz wszystko to, mój Boże,
piękne projekty:
rozmnożyły się w kraju
diabelskie sekty,
oszalałego Boya
napadła paranoja,
wątrobę wieszcza gryzie,
jak złe insekty.

Ot, jeszcze wczoraj chciałem
być polskim wieszczem,
wzwyż i wszerz ducha skrzydlić
jeszcze i jeszcze,
ale teraz nie mogę,
rosnącą czuję trwogę,
jak osika ze zgrozy
serce szeleszczę.

Bo przyjdzie Boy i powie:
– Wszystko to…:
on miał sześcioro bliźniąt
z Taubenhauzówną,
Łaja Rozencwajżanka
była jego kochanka,
w Zakopanem się puszczał
z Hozenpudówną.

Każdy grzech palcem wytknie,
zademonstruje,
święte pieczęci złamie,
powyskrobuje,
dowiedzie pewną strofą,
że ukradłem gramofon
pewnej damie. W ten sposób
mnie zdyffamuje.

Wtedy ja, na pomniku
i w cieniu wiązów,
stać będę sobie, smutna
figura z brązu,
rękę do serca ładnie
przyłożywszy, bezradnie
lać będę łzy rzęsiste
na spodnie z brązu.

Konstanty Ildefons Gałczyński
„Cyrulik Warszawski”, 1929 nr 27

ŚMIERĆ INTELIGENTA

I

Hagiografia

Przeziębiony. Apolityczny.
Nabolały. Nostalgiczny.
Drepce w kółko. Zagląda.

Chciałby. Pragnąłby. Mógłby. Gdyby.
Wzrok przeciera. Patrzy przez szyby.
Biały Koń? Nie, śnieg pada.

Wszystko krzywe. Wszystko nie takie.
Na ziemi znaki. Na niebie znaki.
Przepraszam, a gdzie kometa?

Cipciuś z Londynu pisał przecie
w wielkim sekrecie o komecie.
Kometa. Ale nie ta.

Więc obrażony. Więc zatruty.
Wszędzie za późno. O dwie minuty.
O dwie minuty. We śnie.

Mieli przyjść szosą. Gdzie ta szosa?
Jak gdyby włos wyrywał z nosa,
uśmiecha się boleśnie.

Więc leżąc krzyżem, zadecydował.
Stanął na głowie. Spuchła mu głowa.
Żegnajcie, dzieci, żono!

I paszkwil rąbnął na pewna pralnie,
że w pralni było niekulturalnie
i że go znieważono.

A teraz co? Teraz się martwi.
A może klasztor? Może do partii?
Lecz tu czy tam — migrena.

Boczną uliczką, zaułkiem krętym
idzie pod wiatr ten polski święty
z fortepianem Szopena.

II

Dym

Wszedł. Zapłakał. Proszę o kawkę.
I kremik. Malutko. Milimetr.
Popija kawkę. Cierpi na czkawkę.
Siedzi zasnuty dymem.

Dym spod szalika. Dym wokół głowy.
I w głowie. Aż ciekną łzy mu
na, że tak powiem, wieniec laurowy
z kawiarnianego dymu.

Wstał. Na spodniach pękło mu sukno.
Chciał dzwonić. Z miną natchnioną.
Podniósł słuchawkę. I tutaj buchnął
kłąb dymu z telefonu.

To zauważył. Że dym w kawiarni.
I że tu siedzieć nie chce.
Lecz dokąd pójdzie? Co? Więc odprawia
swe dymne rekolekcje.

A dym się wgryza w serce, w jelita,
dym blisko i daleko,
w dymie trwożnymi oczkami czyta
powieść Andrzejewskiego.

Zapałkę sobie wsadził do ucha.
Wyjmie, Spróbuje. Słone.
I nagle ręce! I nagle szuka
jakiejś notatki szalonej.

Bo się umówił z kimś. Z Sandauerem?
Chciał ględzić na temat prozy,
Czy z Sandauerem? Może z Homerem.
A może święty Alojzy?

Nieboszczka ciotka? Może Kopernik?
W końcu już nie wie, z kim.
A może z dymem? Ten przyszedł. Wierny.
Inteligencki dym.

III

Exitus letalis

Najprzód kupił zabaweczkę tanią,
gołąbka z niebieskiego szkła.
Wybiegł. Stanął pod latarnią.
Bo taka mgła szła.

Więc z tą mgłą zamroczenie nań naszło.
Stęknął. Jęknął: — O, moja biedna głowa.
Kto ja jestem? A może jestem kaczka?
I bardzo się nad sobą ulitował.

Uliczka była pusta. Puściusieńka.
W dali gwizdał parowóz: — Fiuu!
I to była ostatnia piosenka,
którą wiek XX zaśpiewał mu.

Wszędzie spóźniony. Nigdzie nie pasujący:
można by powiedzieć — jaskółka.
Co pocznę? myślał. I zapłakał lamentujący
na stopniach malutenieczkiego kościółka.

Kościółek, znaczy się Bozia. Mamusia. O! Gdy błysnął księżyc,
inteligent zjadł kawałek chleba,
potem się napiął, nadął, natężył
i odleciał na wspomnianym gołąbku do nieba.

1947

Reklamy